RSS
 

Odległe wspomnienia

08 sty

To zabawne, jak po tylu latach, niemalże siedmiu, wpadasz z własnej, bezdennej zupełnie ciekawości na coś, co dotyczyło cię właśnie tę relatywnie sporą kupę czasu temu. Pamiętam przez mgłę te epizody, bo inaczej pamiętać mi nie wypada, szczególnie teraz, jak po najdłuższym dotąd związku w całym moim życiu, leczyłam się w ramionach innego, a właściwie w jego łóżku, samochodzie i na jego kanapie – kolejno śpiąc, wędrując po Polsce i oglądając filmy, zagryzając je pysznym leczo, które kiedyś też robiliśmy skądinąd razem z panem M. A teraz, żgnięta jakąś irracjonalną chęcią zobaczenia „co u niego”, mimo że z dużą dozą prawdopodobieństwa zakładałam wpisując frazę w wyszukiwarkę, że nie zmienił przekonań co do zostawiania po sobie śladów w sieci. Mądry z niego człowiek pod tym względem, także teraz, bo jak przypuszczałam, nic w tej materii się nie zmieniło, pan M. jak anonimowy bywał dla internetu wtedy, taki jest i teraz. Figuruje jedynie na kilku zdjęciach swojej obecnej żony. A będąc już przy niej… Pamiętam doskonale, dla odmiany (!), jak przedstawiał mi ją jako swoją przyszywaną kuzynkę, czy inny absurdalny twór na miarę tego przytoczonego. Wzbudziła moją zazdrość już wtedy, bo jak to może być, że się niezdrowe fascynacje objawia właśnie jakiejś tam prawie kuzynce? W każdym razie z racji formatu naszej ówczesnej znajomości, nie drążyłam, bowiem partnerowi w układzie bez większych zobowiązań (a czy były tam jakiekolwiek?) najzwyczajniej w świecie nie wypada! Zatem puściłam mimo uszu całą tę historię i spotykałam się z nim jeszcze przez jakiś wyjątkowo krótki czas. Jak wielkie było moje zdumienie, kiedy dziś, odnajdując jego żonę właśnie, olśniło mnie. Dodałam sobie dwa do dwóch – Magda, przecież jego żona nazywa się tak, jak ta enigmatyczna kuzynko-koleżanka, co więcej ma całkiem znajomą mi twarz, wiem, że jest w którymś worku, wrzucona z innymi twarzami, czeka aż tylko wydobędę ją z czeluści pamięci. I jest! Oczywiście, zdjęcie z Honoratą, wspólni znajomi… Już wiem, skąd powinnam ją kojarzyć – a to psikus! Pan M. miał chyba słabość do postrzelonych artystek z jednej szkoły. Nic to, całkiem zabawna wieść, ot ciekawostka, że obie sypiałyśmy w tym samym łóżku, wymieniając się jedynie. Nie mam żalu, no może jedynie, że podzielił się z nią moim intymnym miejscem, w które go zabrałam z młodzieńczego, romantycznego porywu serca. Najmojszym miejscem, które bardzo silnie mi się z nim kojarzy. Z nim i z portfolio zaliczeniowym z fotografii, bo zdecydowana większość zdjęć, które dałam jako mój dyplom z tego własnie przedmiotu, pochodzi z tamtego właśnie miejsca. Dziwnie jest uświadomić sobie nagle jak bardzo mały jest świat. Ale nie żałuję, jak kiedyś pewnego marcowego dnia, że nie może być między nami czegoś bardziej stałego i zobowiązującego, w innym wypadku nie mogłabym doświadczać tego ogromu szczęścia jaki mam dzięki Robertowi. Mam nadzieję, że im też jest równie szczęśliwie!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Pstryknąć palcami

02 lis

Żeby tak można i wszystko ułożyło się na miejscu – opcja dla leniwych. Jesień mnie atakuje, tym razem gwałtownymi porywami wiatru, które niekoniecznie dobrze robią mokrej, świeżo umytej głowie. Później atakuje mnie już tylko tępy ból gdzieś powyżej skroni. Nie wiedzieć czemu mam przemożną potrzebę nie robienia nic, nie wikłania się w żadne przedsięwzięcia, które absorbują człowiekowi czas od rana do nocy. Chcę tylko trwać, popijając yerbę, kiedy czuję już, że potrzeba w jakimś celu to trwanie przedłużyć. Ta jesień nastraja mnie zupełnie obojętnie. Obojętnie do ludzi – bo wcale ich teraz nie potrzebuję (BZDURA! Zawsze potrzebuję jakiegoś człowieka obok, tylko troszeczkę się sama oszukuję, że tak jest), obojętnie do aktywności – bo wolę siedzieć w domu i relaksować się czasem wolnym, którego z własnego wyboru mam teraz całe krocie. I nie potrzeba mi wyściubiać choćby koniuszka nosa za drzwi, gdy nie ma ku temu ważnego powodu. Już dawno przestały mnie bawić wszelkie popularne rozrywki. Mam wrażenie, że jesień starzeje mnie co roku o kilka lat, zupełnie jakby za pomocą pstryknięcia palcami.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

13 paź

Uwielbiam to! Zawsze gdy wszystko się już normuje, kiedy kończę walkę sama ze sobą i racjonalizuję wszystko co mnie spotkało ostatnio, coś nagle się ZMIENIA. I to ZMIENIA się tak dotkliwie, że z całego tego układania sobie w głowie wychodzi mniej więcej gówno. I dokładnie tak dzieje się teraz – znów został wywołany wilk z lasu, demon z mojej przeszłości, który powinien znaczyć dla mnie tyle co psi swąd. Nic bardziej mylnego. Wiem, że Roberta ten temat niemożebnie męczy, ale mnie wcale nie mniej! I chyba nie potrafię tego po prostu zostawić, przejść nad tym do porządku dziennego. Ten dupek zagnieździł się w naszym życiu już chyba na stałe. Zawsze w każdym razie, kiedy już o nim zapominamy, on zostaje w idiotyczny sposób przywołany i znów z nami koegzystuje, choć nienamacalnie, ale jest. Czasem boję się, że jak otworzę szafę, żeby wyjąć z niej płaszcz, to wychynie mi spomiędzy tych wszystkich ubrań wiszących niezbyt równo. I noszę go tak w głowie. Teraz jeszcze bardziej, bo skoro okazało się, że wrócił, to możliwość spotkania go na mieście znów trochę urosła. Dlaczego taka szuja zajmuje cenne miejsce w mojej głowie? Naprawdę chciałabym go stamtąd wyrzucić, niestety te najbardziej toksyczne osoby orbitują w mojej przestrzeni. Muszę w końcu skreślić go raz na zawsze, zawiązać worek na śmieci i wyrzucić do Wisły, a niech Wisłą płynie dalej. Takie puste i nadęte persony raczej nie toną, dryfują jak gówno, niestety.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

03 paź

Mam chyba poważne problemy z akceptacją zaistniałej rzeczywistości ostatnio. I nie żeby dotykało to tylko jednej dziedziny życia – nie, bo jak już się pieprzy to wszystko ze wszystkim na raz, tak dla epickiego efektu niepowstrzymywalnej nijak katastrofy. I mam teraz te swoje kataklizmy – że w pracy jest źle, wiadomo nie od dziś, w zasadzie wiadomo to już od końca umowy na okresie próbnym, czyli, hmmm… długo? Że ze zdrowiem to też żadne novum. Moje dłonie, a szczególnie ta prawa, wyglądają tra-gi-cznie. I oczywiście coś, co najbardziej ostatnio mnie żenuje, doprowadza do raczej uzasadnionej wściekłości i zupełnej bezradności – mój „wspaniały” związek, który wydawał mi się tak doskonale scementowany i rozgryziony na każdy możliwy sposób, jął się obscenicznie pierdolić. Wszystko za sprawą jednej rzeczy, która wyszła z jego ust… W sekundzie utwierdził mnie w tym, że ma mnie za interesowny kawałek materiału do czyszczenia podłogi. Tak się mniej więcej poczułam, gdy mi łaskawie napomknął co czasem myśli. I teraz ku przestrodze młodych, naiwnych kobiet – nie dajcie sobą pomiatać do tego stopnia, że pozwolicie o sobie mówić mężczyznom, jako o tych, które wchodzą w związki tylko z uwagi na zasobność portfela rzeczonego delikwenta. Chyba że jednak jest to jedyny powód, dla którego z kimś się spotykacie, to byłoby raczej słabe. Ale do rzeczy… Nigdy chyba nikt mnie bardziej nie obraził! Bo oto oddałam dokładnie wszystko na pastwę tego jednego roszczeniowego dupka, który do woli rozporządzał sobie wszystkim wedle własnego widzimisię. Nie skarżyłam się przesadnie, bo jak się kogoś kocha, to wiecie prawda? Wytrzymuje się wszystko w pokorze i dąży do tego, żeby wprowadzić stan stabilizacji najszybciej jak tylko się da. A tu proszę… Taki zarzut! Nie muszę chyba opisywać w szczegółach jak się zachowałam po zasłyszeniu tego krzywdzącego przypuszczenia. Jako, że byliśmy na wyjeździe, poderwałam się z miejsca, zdjęłam pierścionek zaręczynowy i porwałam swoje bagaże – w furii upychałam wszystko niemalże na chama, żeby tylko opuścić pokój szybko i nie dać mu za sobą pobiec. Bo oczywiście towarzyszyły temu mojemu nagłemu zrywowi niewypowiedziane zdumienie, próba zatrzymania mnie, mamrotane przeprosiny. Gdyby nie to, że wewnętrznie pragnęłam, żeby mnie próbował zatrzymać – jak zwykle, gdy ma się ochotę odejść – to pewnie już sobotniego wieczoru jechałabym zasmarkana i zapłakana pociągiem do domu. Ale pozwoliłam się zatrzymać – zrobiłam największą głupotę, jaką tylko mogłam, bo gdy emocje były już trudno definiowalne i moje procesy poznawcze oszalały z tego powodu, odpuściłam. Czego zdecydowanie nigdy nie powinnam robić! I tu kolejna przestroga – nie pozwalajcie, żeby ktoś, kto was tak głęboko urazi czuł się bezkarnie i miał wrażenie, że konflikt został zażegnany. Otóż nie, nie został! Ciągle tli się we mnie ta niezrozumiała agresja i wściekłość, bo zostałam tak niesprawiedliwie osądzona. I to zatruwa mi życie, od soboty, bo nie myślę o niczym innym… Powinnam była zostawić go wtedy tak, jak stał, wrócić do domu i nie pozwolić mu już nigdy więcej się obrażać. Tak powinnam zrobić, ale serce nie sługa, a problem wcale nie został „załatwiony”.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Plan minimum

20 wrz

Na ten rok, plan minimum mam już za sobą, czekam tylko na odebranie uprawnień i już nie będę się przejmować, że może tym razem wymuszę na egzaminie, albo może nie zauważę pieszego. Tak jest, udało się! Po zbyt wielu niepowodzeniach i ogólnej utracie wiary w siebie. Teraz już wiem, że w tej kwestii nie ma na mnie mocnych. Żeby tylko w innych kwestiach było równie pomyślnie. Chciałabym! Na całe szczęście mam solidne wsparcie w osobie Roberta. Tak, to bardzo pomaga w ogólnej świadomości. Plan minimum… Maksimum to wyrównać uczelniane rachunki, znaleźć lepszą pracę i przytulne mieszkanie. Chciałabym!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Nie potrafię

25 sie

być nadwornym psychologiem, który leczy głowy i ucisza sumienia innych. Nie mam daru przekonywania, tłumaczenia, czy pomagania w dotarciu do sedna. Prawdę mówiąc męczy mnie już słuchanie o nieszczęściu, podczas gdy sama mierzę się ze swoimi demonami i nie zawsze umiem wyjść z tego starcia obronną ręką. Tymczasem oczekuje się ode mnie, że będę trwać, pocieszać, wykręcać rękaw mokry od nadmiaru łez, pomstować na te głupie dziewczyny, co rozkładają nogi przed każdym nie pytając czy może jest zajęty, albo ma w ogóle na to ochotę. Że będę przyjaciółką wzorową, jak te w amerykańskich, durnych filmach. Ja tymczasem kipię aż od nadmiaru własnych problemów i dylematów, takich, które spędzają mi sen z powiek, niestety. I chciałabym, żeby problemy ludzi, którzy na mnie polegają rozwiązały się błyskawicznie, bo zwykle są to ludzie, którzy zajmują szczególne miejsce w moim życiu. Ale nie potrafię już gromadzić w sobie ich złych emocji i nastawienia. Czuję się jak gąbka zanurzona w brudnej wodzie, nasiąkam, spadam na dno wiadra i wypijam wszystko co najgorsze, do stanu ogólnego przesytu. Później dobrze byłoby to wydalić, dać się wypłukać w przyjemnie czystej wodzie i nie pamiętać tego marazmu, który nosiłam w sobie. I niestety często tak jest, że cierpi się z powodu wielu nieszczęść, z których większość nigdy się nie wydarzyła. W tym konkretnym przypadku, nie wydarzyła się mnie. Końce moich poprzednich związków zwykle były burzliwe i mocne. Definitywne! A tu, w przypadku mojej serdecznej przyjaciółki jest zgoła inaczej, był to koniec, ale nie taki jednoznaczny, że bez możliwości powrotu. Choć mnie się wydaje, że jednak bez takiej możliwości, ale zważywszy na jej ogólny stan, taka opcja tłumaczenia i rozmowy mogła być najbardziej optymalna, dla tego gościa, sama nie wiem… W każdym razie teraz muszę być w pogotowiu, żeby niestrudzenie nieść pomoc innym, mając raczej gdzieś własne problemy i zawirowania.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Wszystko jedno

15 sie

Bo to z gruntu tak jest, że nie ważne, czy jest źle, czy dobrze, zawsze na siłę można coś dobrego i czystego przekuć w jakiś marazm niepojęty, a coś co jest parszywe nagle widzieć w różu. I to nie jednym jego odcieniu. Dlatego ja już się nie przejmuję. Daję się porwać – robię to co potrafię najlepiej. Chciałabym tylko się oderwać od rutyny śląskiego miasta, od mentalnych, ciągle dymiących kominów i ciasnych głów. Puścić się w jakimś nowym kierunku. Wsiąść w pociąg i jechać, jechać, jechać. Tam gdzie jeszcze nie byłam, skąd nie mam żadnych wspomnień. Do miejsca z pustą kartką, taką, którą dopiero mogę zapełnić. Problem ze mną jest taki, że zwykłam wybierać destynację mojej podróży według znanych mi parametrów. Tam gdzie byłam, tam gdzie znam, gdzie czuję się dobrze. Teraz chciałabym rzucić ten schemat i ruszyć do Zamościa? A może do Kazimierza, ale nie tego krakowskiego, który znam na wylot i każda uliczka, większość pubów i knajp połączone są z konkretnymi osobami, z datami i uśmiechami. Kraków musiałam odczarować, ale teraz kojarzy mi się znacznie intensywniej, niż za czasów częstochowskich porażek. Teraz jest intensywny, na jakiś sposób słodko brudny i zupełnie przepojony. Wisła i śmiech, Kazimierz i alkohol, Dietla i romans, Floriańska i kapelusz, Grodzka i zawód, Skałka i pijane pocałunki przerywane śmiechem i znów Wisła ale z deszczem. Zastąpiłam krakowskie wspomnienia nowymi, lepszymi. Nowego miejsca potrzebuję, do zapisania i wyrycia w pamięci.

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Zaplątane zagubienie

07 sie

Nie jest dobrze! Koc naciągnięty po uszy i jakieś takie rozdrażnione spojrzenie. Dużo złości i rozżalenia. Ciągłe frustracje i krzyki – te w głowie i te ustami wydalane, na zewnątrz, do siebie, do świata. Chyba w którymś momencie, który oczywiście przegapiłam, coś się zmieniło, zgubiłam dobrą drogę, zaplątałam się w te parszywe złości i niemiłości połączone ze sobą sprytnie. Agresja narasta, gdy tylko ktoś spojrzy nie tak, jak według mnie powinien na mnie patrzeć, albo o zgrozo(!) w ogóle pośle spojrzenie? Dużo niezrozumienia, wiem, powinnam „przystanąć na chwilę, zastanowić się nad sobą i ruszyć dalej z nowym, lepszym nastawieniem” – tyle że jedyne gdzie ruszę w niedalekiej przyszłości to sklep, który ma w ofercie lawendowe saszetki do szafy, nie mogę pozwolić, żeby mój kapelusz został literalnie zjedzony… I to tyle z tego ruszania w nowym, dobrym kierunku. Jestem zapieczona w tym wszystkim, jak rzygowiny na chodniku, wiem, że to złe i powinnam przestać dawać się porywać złym nastrojom, albo wpuszczać chochlika. Ale to nie jest łatwe, kiedy z lotnego wyżu i dobrej koniunktury dla wszystkiego co zamierzone, nagle spada się niekontrolowanie w dół, na łeb, na szyję. Wystarczy mi już składania uszu po sobie, nie potrafię tak w nieskończoność! Ktoś też nadszarpnął wątpliwej jakości rusztowanie z równowagi i wewnętrznego spokoju, które starałam się stawiać od roku. Nie umiem stać już na straży własnego komfortu i dobrego nastawienia, zmęczyło mnie unikanie sytuacji, które wprawiają mnie w nadmiernie wyrażaną wszelkimi sposobami wściekłość. Teraz coś popycha mnie w ten wir nieradzenia sobie ze sobą i światem. Boję się tylko, że jeśli dalej będę taplać się w marazmie, nie przyniesie to nic dobrego – bo niby od kiedy taplanie się w marazmach przyniosło *cokolwiek* dobrego?! Uśmiech przynosi mi tylko głębokie spojrzenie w piękny topaz, który oprawiony w złoto, ozdabia dzielnie serdeczny palec mojej prawej dłoni. I on, oczywiście! Czasem pogrywa z moim chochlikiem w głowie jak prawdziwy macho – każe mu dosłownie z niej spierdalać, czasem działa na mnie sposobem – prawie zawsze zupełnie skutecznie. Zgubiłam się gdzieś w połowie, razem z moim poczuciem godności i dumą – jak mi się dotąd zdawało nieodłącznymi ode mnie w żadnym wypadku i nawet w najmniejszym stopniu. Jak zabawnie jest znów się tak bardzo mylić…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Palce ozdobione

06 mar

To całkiem śmieszne, piszę po takiej przerwie, znów zawieszam hasło, bo chyba dorosłam – jakie to pokrętne stwierdzenie i jak bardzo lubię nim mydlić swoje oczy. Nie dorosłam, bzdura, utwierdziłam się jedynie, że nie ucieknie, gdy przeczyta te steki bzdur, marne lamentacje, zdania profanujące sztukę pisania. Bałam się, stąd to hasło. Bałam się absurdalnie, bo wiem przecież, że i tak to miejsce obrasta pajęczyną, że odwiedzam je tylko ja. On ma inne miejsce, które lubi czytać. Przez te pół roku (z górką!) zmieniło się tyle rzeczy! Zmieniło się tyle w głowie. Rozwinęliśmy się w tej naszej specyficznej rzeczywistości w sposób piękny i śmiały. Taki, którego po sobie bym się nigdy nie spodziewała, naprawdę! Jestem szczerze tym zadziwiona. Słucham Kina i sięgam teraz w myślach wstecz, zanurzam się w rozkosznych wspomnieniach, w tych konstruktach, które tworzyłam śmiało w głowie rok temu słuchając Kina właśnie, stukam w klawiaturę i nieustannie muszę poprawiać odrobinę za duży pierścionek, którego piękna rozeta ześlizguje się po palcu serdecznym prawej dłoni do jej wnętrza. To jest choćby jedna z tych zmiennych. Dla Roberta (i dla mnie raczej też) czysta formalność, która pięknie połyskuje i ozdabia moją rękę. Ostatnio zaczęłam używać jego pełnego imienia, nie ograniczając się już tylko do inicjału. Cholera… znów się ześlizgnął. Miłości nie ma końca – miłości w każdej formie. Robert i Kino – nasze początki, te nieśmiałe, ale jakże głęboko przemyślane. Przynajmniej z jego strony! Moim zadaniem było tylko dać się w to wszystko wciągnąć i płynąć z nurtem. I pięknie mi się tak płynie, bo dopiero teraz widzę ile wcześniej było złości, braku zrozumienia, raptowaności i chorobliwej chęci robienia śmiałych kroków i podejmowania ważnych decyzji na siłę i wbrew wszystkiemu. Teraz, cóż, mam wrażenie, że wszystko sprzysięga się tak, aby popychać nas dalej w tej dziwnej i absurdalnej miłości. Tak jak wieszczył nam ten dziwny człowiek na przystanku. Dopóki będziemy trzymać się razem, świat będzie uginał się do naszych stóp. Ugina się, chodzimy po nim zuchwale i dumnie – razem! W tym naszym „wszystkim na opak” – bo tak u nas jest – wszystko na opak. Ale mnie to bardzo odpowiada. Odpowiada mi, że oświadczył się na łóżku, tuląc mnie do siebie i pytając z taką dozą pewności i siłą w oczach, o to, czy zostanę jego żoną. Zostanę, oczywiście, przecież zawsze tego chciałam…

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 

Напишу-ка я песню о любви

06 sie

Piszemy swoją piosenkę o miłości. Naszej miłości. Takiej pięknej, świeżej i uzależniającej. Kocham go, tak prosto i jak w piosenkach własnie. Nie sądziłam nigdy, że dostanę taką miłość. Świat i ten absolut ponad nami postanowił obdarować mnie w przytłaczający wręcz sposób. Nigdy nie było tyle prawdy między mną a drugim człowiekiem. Nigdy moje serce nie było tak spokojne przy kimś i wariowało, gdy zniknął z horyzontu. Za nikim jeszcze tak nie tęskniłam. Cóż… To jest chyba ta właśnie wielka, moja własna i najwłaściwsza miłość. Piszę nieskładnie, słucham piosenki „O miłości” Czyża, która jest kolejnym naszym songiem. Dużo już ich mamy, ale te rosyjskie ckliwe utwory trafiają nam do duszy prosto i na długo. Oby na zawsze! Bo to co mamy jest naprawdę wspaniałe. Как крутой!

 
Brak komentarzy

Napisane w kategorii Bez kategorii

 
 

  • RSS